Jak wolontariusz spotkał „Białego Niedźwiedzia”

TrapezJa krótko opowiadać nie umiem, dlatego zróbcie sobie herbatkę, kakao, usiądzie z kocykiem wokół kominka i posłuchajcie, jak prawie rozgniotła mnie na miazgę grupa armeńskich wrestlerów.

Jest to opowieść „Trapeza” – wolontariusza ze Śląska, który wyjechał na wolontariat na Olimpiadę w RIO, a aktualnie objeżdża Amerykę Łacińską. Jego losy możecie śledzić na jego fanpage.

Jeden z gorących dni Olimpiady w Rio. Temperaturę podnosiło nie tylko brazylijskie słońce, ale i to, co tego dnia miało się wydarzyć w kompleksie Carioca, czyli zespole trzech przylegających do siebie aren. Grafik pokazywał, że Arena Carioca 2 przejdzie tego dnia test wytrzymałości swojej konstrukcji, bo na matę rzucać będą się najlepsi wrestlerzy świata. Stawką był złoty medal olimpijski. Za to na Arenie Carioca 3, gdzie pracowałem, szermierzy dalej mieli próbować nabić muchy na szpady. U mnie zapowiadał się nuuuudny dzień. Chociaż tego dnia znowu przekonałem się, że słowo nuda w wolontariackim słowniku nie istnieje.

W tym czasie po raz kolejny zmieniono strefy dostępu dla zawodników, dziennikarzy, mediów i gości. Strefy zmieniały się jak w ruletce tak często, że mało kto za tym nadążał. A musicie wiedzieć, że kompleks Carioca składający się z kilkudziesięciu bram, zajmował potężny obszar parku olimpijskiego. Dlatego jeśli od razu nie skierowało się do właściwego wejścia, a odbijało sie jak pingpong od kolejnych bram, to było baaaardzo prawdopodobne, że się spóźni na zmagania.

Stałem na bramie, przez którą tego dnia przechodzić mogli tylko technicy i medycy. Zmiana dostępu w magiczny sposób nastąpiła na wszystkich bramach, dlatego nie dziwiło mnie, kiedy dobiegali do mnie czerwoni ze złości dziennikarze, próbując znaleźć swoje magiczne przejście. Przepisy są przepisami, dlatego i ja we wszystkich znanych mi językach (z użyciem rąk włącznie) przepraszałem za zamieszanie, współczułem cierpliwie tłumacząc dlaczego nie mogą tędy wejść i gdzie znajduje się ich magiczna szafa do sportowej Narnii. Żeby tę radosną nowinę przekazać każdej rozzłoszczonej nacji, z tej okazji nauczyłem się nawet kilku zdań po japońsku. Ale do dzisiaj nie jestem pewien, czy wymawiałem to dobrze i czy przypadkiem nie obraziłem czyjejś matki. Wściekłość azjatów sięgała szczytu skali, a ja czekałem tylko, jak oni wyciągną samurajski miecz, a ja swoją krwią splamię zieleń mojej wolontariackiej koszulki.

Nagle ziemia zaczyna trząść mi się pod nogami. Nie orientowałem się wcześniej, czy w Brazylii są trzęsienia ziemi, ale po chwili widziałem, co powoduje te wstrząsy. Pędził na mnie rozpędzony pociąg! Ludzki pociąg! Na łeb na szyję biegła na mnie armeńska reprezentacja narodowa wrestlingu!!!! Około 20 chłopa, każdy po ok 80kg samych mięśni, a każdy w stanie zrobić mokrą plamę ze mnie, nie rzucającego cienia chudzielca. O tym, jak wyglądali, niech świadczy to, że ich czołowy zawodnik ma ksywę „Biały Niedźwiedź”.

Moment i już wiem – pomylili areny! Staję w rozkroku, ręce szeroko, krzyczę, że tu szermierka, że wrestling w arenie obok, że nie wolno. A w myślach zmawiam paciorki. Przed oczami nie przeleciało mi wtedy całe wolontariackie życie. Tylko myśl, że wyjeżdżając z kraju, brałem pod uwagę śmierć z rąk narcotraficante, rzezimieszków, dzikich zwierząt. Ale nie myślałem o armeńskich wrestrelach. A Ci nie mieli zamiaru się zatrzymać…

Buchająca parą i złością, rozgrzana do czerwoności lokomotywa mięśni wbiła się we mnie i zaczęła mnie przesuwać. W końcu podnieśli mnie pod pachy i zaczęli nieść! Ich złość była chyba tak ogromna, że przysłoniła moją burzę włosów i nawet mnie nie zauważyli! Jak na złość gdzieś zaplątał się mój żołnierz, z którym pilnowałem bramy. Przenieśli mnie ok. 10 metrów i w końcu postawili. Tłumaczę, dlaczego, co i jak, a oni krzyczą że za 20 minut walczą o złoto! „O złoto, rozumiesz?! Job twoja mać!!!”.

Nawet ten ludzki ekspres nie dojechałby do wejścia dla zawodników i przeszedł wszystkich formalności na czas. Jest jednak połączenie, tylko dla operatorów kamer, łączące moją arenę z tą, na której był wrestling. Tu nie ma czasu na tłumaczenie! Oni może i całe życie przygotowywali się do tej jednej walki! Tu trzeba dzialać! „Panowie cisza! Zaprowadzę Was”. Biegniemy razem jak szaleni. Rozwiane dresy, moje włosy, kilka akredytacji pourywało się z szyi, torby medyków obijają wszystkich wokół. Ludzie zdziwieni i przestraszeni schodzą nam z drogi. Na ich szczęście, bo armeńscy medycy na pewno nie pomogliby stratowanym. Jedna brama! Druga brama! Z daleka krzyczę do innych wolontariuszy, żeby nas przepuścili! I najlepiej dla szerokich armeńców poszerzyli przejście… Schodami na górę! Korytarzem w lewo! Przeskakujemy przez rozciągnięte kable od kamer, próbując niczego nie wyrwać! Gonią nas szyjeś przekleństwa i groźby. Korytarzem w prawo! Po zewnętrznej antresoli wokół hali! Potem od innych wolontariuszy, którzy byli w środku, słyszałem że cała hala drżała jakby tabuny koni przez nią pędziły. A to przecież nie kolej naszej hali na testy wytrzymałościowe!

Dobiegamy przed czasem. Rozpędzeni Armeńcy znikają za drzwiami, przesuwając prawie przy tym framugę i znikają mi z oczu.

Potem usłyszałem, że Biały Niedźwiedź zdobył złoto. Kilka dni później spotkałem kogoś z armeńskiej ekipy. Dziękował mi jak szalony, przepraszał jeszcze bardziej. Tłumaczył że nerwy, presja, czas. A jak mnie jowialnie uścisnął na misia, to aż mi się włosy wyprostowały, a wszystkie kości zachrupotały. No i uśmiech wycisnął na mojej twarzy tak szeroki, że chodziłem z nim potem kilka dni.

Teraz kiedy patrzę na zdjecie Artura Aleksanyana, zwanego Białym Niedźwiedziem, ze złotym krążkiem, to czuję sie dumny, że wyniósł mnie te 10 metrów z bramy do tyłu. A ja czuję się tak, jakbym pomógł mu się wynieść na najwyższe podium.

KURTYNA

Przygoda Trapeza jest jedną z dziesięciu historii z wolontariatu, z których powstała wystawa. Zobacz pozostałe

Projekt „Śląskie. Wolontariat” jest współfinansowany z funduszy Samorządu Województwa Śląskiego.